Strony

poniedziałek, 1 października 2012

Friedrich Kurt Gerstäcker - Germelshausen [2]


— To bardzo, bardzo stary nagrobek — rzekł, pochylając się i z trudem odczytując ozdobne pismo. — Anna Maria Berthold z domu Sieglitz, ur. 1 grudnia 1188, zmarła 2 grudnia 1224…
— To moja matka — rzekła Gertruda; łzy napłynęły jej do oczu i stoczyły się na stanik.
— Twoja matka? Dziecko drogie, to jest może twoja praprapraprababka.
— Nie — odparła ze smutkiem — to moja prawdziwa matka; ojciec pojął drugą żonę, i ta kobieta w domu to moja macocha.
— Ale tutaj podane, że zmarła w tysiąc dwieście dwudziestym czwartym roku.
— Cóż mnie obchodzi rok; to takie bolesne utracić matkę. A jednak — dodała cicho — może dobrze się stało, bardzo dobrze, że Pan Bóg powołał ją do swojej chwały…

Arnold pokręcił głową, schylił się nad nagrobkiem, aby dokładnie przyjrzeć się napisowi: może pierwsza dwójka w dacie jest ósemką, w staroświeckich esach floresach nietrudno o omyłkę. Jednak druga dwójka podobna była do pierwszej jak dwie krople wody, a przecież do roku 1884 było jeszcze daleko. Może kamieniarz się pomylił, a dziewczyna taka była zatopiona w smutku po zmarłej, że Arnold nie chciał naprzykrzać się natrętnymi pytaniami. Uklękła przy grobie cicho się modląc, Arnold zaś poszedł zbadać inne nagrobki — wszystkie bez wyjątku nosiły daty sprzed kilkuset lat, nie znalazł ani jednego nowszego, a przecież zmarłych jeszcze teraz chowano, jak o tym świadczyła ostatnia, zupełnie świeża mogiła. Z niskiego muru kościelnego roztaczał się wspaniały widok na tę całą starą wieś; Arnold skorzystał ze sposobności, aby to naszkicować. Ale i nad tym miejscem unosił się osobliwy gorzki dym, natomiast dalej, w stronę lasu, widać było jasne słońce, opromieniające zbocza górskie.
We wsi rozbrzmiewał znów stary, pęknięty dzwon. Gertruda wstała z klęczek, otarła łzy i skinęła młodemu człowiekowi. Arnold od razu się do niej przyłączył.
— Teraz już nie wolno się nam smucić — rzekła z uśmiechem. — Kończy się właśnie nabożeństwo, nadchodzi pora na tańce. Myśleliście zapewne, panie, że ludzie z Germelshausen są ponurzy; dziś wieczorem przekonacie się, że tak nie jest.
— Przecież nie widzę, aby z wrót kościoła ktokolwiek wychodził.
— To zrozumiałe — roześmiała się Gertruda — bo nikt tam nie wchodzi, nawet ksiądz. Tylko stary zakrystian nie użycza sobie ani chwili spoczynku i dzwoni na początek i koniec nabożeństwa.
— I nikt z was nie uczęszcza do kościoła?
— Nie, ani na mszę, ani do spowiedzi. Wadzimy się z papieżem, który zamieszkał we Włoszech i nie chce wracać, dopóki mu znowu nie przyrzekniemy posłuszeństwa.
— Nic o tym nie słyszałem.
— No tak, bo to dawne sprawy. Popatrzcie, panie, oto zakrystian wychodzi z kościoła sam jeden i zamyka wrota; nie przychodzi do gospody, zawsze przesiaduje samotnie.
— A ksiądz przychodzi?
— No pewnie, a jaki jest wesoły! Niczym się nie przejmuje.
— A jak do tego doszło? — Arnolda dziwiły nie tyle fakty, ile swoboda, z jaką mówiła

o nich Gertruda.
— To długa historia, ksiądz spisał ją w grubej, dużej księdze. Jeśli macie ochotę, panie, i rozumiecie po łacinie, możecie to sobie przeczytać. Ale — dodała ostrzegawczo — nie wspominajcie o tym w obecności ojca, bo on tego nie lubi… Popatrzcie, chłopcy i dziewczęta już spieszą do gospody. Wracajmy do domu, muszę się przebrać, nie lubię przychodzić ostatnia.
— A pierwszy taniec, Gertrudo?
— Zatańczę z wami, przyrzekam.

Szybkim krokiem wracali do wsi, gdzie wyglądało zupełnie inaczej niż z rana. Wszędzie stały gromadki roześmianych młodych ludzi, dziewczęta były wystrojone, chłopcy także mieli na sobie odświętne ubrania. W gospodzie od okna do okna wisiały girlandy z liści, tworząc nad drzwiami duży łuk triumfalny.
Arnold, widząc, że wszyscy się tak wystroili, nie chciał pokazać się na zabawie w swym ubraniu podróżnym; w domu sołtysa wypakował plecak, wyjął odświętne ubranie i był właśnie gotów, kiedy Gertruda zapukała do drzwi. Piękna była w swoim skromnym, a jednak bogatym stroju; poprosiła go, aby jej towarzyszył, ponieważ ojciec z macochą przyjdą źniej.
Tęsknota za Heinrichem niezbyt jej doskwiera, pomyślał Arnold, ująłją pod rękę i poprowadził w zapadającym mroku na salę tańca, myśli swej jednak nie wyznał na głos
— zbudziło się w nim dziwne, nie znane dotąd uczucie, a serce biło mu jak szalone, gdy przyciskając ramię dziewczyny, wyczuwał pulsowanie jej serca.
— Jutro muszę powędrować dalej — westchnął. Wbrew jego woli słowa te dotarły do dziewczyny.
— Nie troszczcie się o to, panie — rzekła z uśmiechem — zostaniemy ze sobą długo, może dłużej, niżby to wam było miłe.
— Chciałabyś, Gertrudo, abym z wami został? — Arnold poczuł, jak krew gwałtownie uderza mu do skroni.
— Oczywiście — odparła swobodnie. — Jesteście, panie, dobry i miły, ojciec też was lubi, wiem o tym… a Heinrich jednak nie przyszedł — dodała po cichu, jakby zagniewana.
— A gdyby nadszedł jutro? — Jutro? — Gertruda spojrzała nań poważnie swymi wielkimi ciemnymi oczyma. — Dziś od jutra dzieli długa, długa noc. Jutro! Jutro zrozumiecie, co to słowo oznacza. Ale nie mówmy już o tym — rzekła krótko i łagodnie — dziś obchodzimy święto na które od tak dawna, od tak bardzo dawna się cieszyliśmy, i nie należymącić go smutnymi myślami. A oto jesteśmy. Chłopcy zrobią wielkie oczy, że przyprowadziłam sobie tancerza.

Arnold chciał jej coś odpowiedzieć, ale hałaśliwa muzyka, wydobywająca się z karczmy, zagłuszyła jego słowa. Dziwne melodie grali muzykanci, nie znał żadnej, początkowo oślepiło go też światło wielu świec.
Gertruda poprowadziła go do środka, gdzie gromada młodych dziewcząt stała gawędząc, i wtedy dopiero puściła jego ramię, aby — nim rozpoczną się tańce — rozejrzał się i poznał resztę chłopców.
W pierwszej chwili Arnold poczuł się nieswojo wśród tych obcych ludzi, raziły go też ich dziwne stroje oraz niezwykle twarda mowa; choć w ustach Gertrudy brzmiała przyjemnie, u innych nabierała szorstkich tonów. Lecz wszyscy chłopcy byli dla niego uprzejmi, jeden podszedł doń nawet, ujął go za rękę i powiedział: — To rozsądne, panie, że chcecie u nas zostać, prowadzimy wesołe życie, a międzyczas szybko mija.
— Jaki międzyczas? — Arnolda zaskoczyło nie tyle to określenie, ile przekonanie chłopca, iż on, Arnold, zdecydował się pozostać w tej wsi na zawsze. — Macie na myśli, że tu wrócę?
— Chcecie stąd odejść? — zapytał chłopak spiesznie.
— Tak, jutro albo pojutrze, ale tu powrócę.
                        — Jutro? Tak? — roześmiał się chłopak. — No dobrze, jutro o tym pogadamy. A teraz chodźcie, pokażę wam naszą gospodę, bo jeśli jutro chcecie nas opuścić, nawet tego nie zobaczycie.
                        Inni śmiali się skrycie, lecz młody wieśniak oprowadzał Arnolda po całym budynku, w którym tłoczno było od wesoło bawiących się gości. Minęli pokój do gry w karty — każdy z graczy miał przed sobą spory stos pieniędzy — potem weszli do kręgielni, wyłożonej jasną, lśniącą mozaiką. W trzeciej izbie grano w rozmaite gry towarzyskie. Dziewczęta, śmiejąc się i śpiewając, krążyły tam i z powrotem i przekomarzały się z chłopcami. Naraz muzykanci, którzy dotąd wygrywali skoczne melodie, wykonali tusz
— znak, że rozpoczynają się tańce. Gertruda znalazła się u boku Arnolda i wzięła go pod ramię.
— Chodźcie, panie, nie powinniśmy być ostatni, jako córka sołtysa muszę otworzyć tańce.
— Ale cóż to za dziwaczna melodia? — zapytał. — Nie mogę złapać taktu.
— Damy sobie rade — uśmiechnęła się — w ciągu pięciu minut wprawicie się wedle moich wskazówek.

Wszyscy poza karciarzami runęli do sali tańca z głośnymi okrzykami radości, Arnold zaś, uszczęśliwiony, że trzyma tę cudną dziewczynę w ramionach, zapomniał wkrótce
o wszystkim. Wciąż od nowa tańczył z Gertrudą — nikt się nie kwapił odebrać mu partnerki; dziewczęta w mijaniu przekomarzały się z nimi. Jedno tylko raziło Arnolda: tuż obok gospody znajdował się stary kościół, i na sali słychać było wyraźnie ostre, przykre tony pękniętego dzwonu. Za każdym razem, gdy rozlegało się pierwsze uderzenie, tancerze zamierali jak pod dotknięciem różdżki czarodziejskiej. Muzyka urywała się w pół taktu. Roztańczona gromada zatrzymywała się jak zaklęta, stała cicho, bez ruchu, i wszyscy w milczeniu liczyli powolne uderzenia. Kiedy jednak rozlegało się ostatnie uderzenie, życie i radość powracały na nowo. Tak było o ósmej, o dziewiątej i o dziesiątej; Arnold zapytał o powód tak dziwnego zachowania. Gertruda przyłożyła palec do ust i przybrała wyraz tak poważny, że Arnold już za nic nie chciał jej smucić.
O dziesiątej nastąpiła przerwa w tańcach; chór, który miał chyba płuca z żelaza, poprowadził gości do jadalni. Tam zabawa była w pełni. Wino lało się strumieniami, i Arnold, który nie chciał pozostać w tyle, obliczał w duchu, jaką wyrwę spowoduje w jego skromnej kasie ten rozrzutny wieczór. Lecz obok niego siedziała Gertruda, piła z nim z jednej szklanki, więc jakżeby miał troszczyć się o tak przyziemne sprawy? A jeżeli Heinrich jutro nadejdzie?
Rozległo się pierwsze uderzenie jedenastej godziny, i znowu ucichła głośna radość ucztujących, znowu owo zapierające dech nasłuchiwanie powolnego bicia. Arnold poczuł dziwną grozę; sam nie wiedział dlaczego, lecz nagle przyszła mu na myśl matka, która nań w domu czekała. Powoli uniósł szklankę i wypił jej zdrowie — tak dalekiej, a tak umiłowanej.
Wraz z uderzeniem jedenastej godziny goście zerwali się od stołów — znowu rozpoczęły się tańce, wszyscy pobiegli na salę.
— Za czyje zdrowie wychyliliście ostatnią szklankę? — zapytała Gertruda, gdy znowu położyła rękę na ramieniu Arnolda.
Arnold zwlekał z odpowiedzią. Może Gertruda go wykpi, jeśli się przyzna? Nie, jednak nie. Przecież tak żarliwie modliła się na grobie swej matki.
— Za zdrowie mojej matki — rzekł po cichu.
Gertruda nie odezwała się ani słowem, w milczeniu weszła z nim na schody, ale już się nie śmiała, a zanim rozpoczęli taniec, zapytała: — Bardzo kochacie, panie, matkę?
— Ponad życie.
— A ona was?
— Czyż matka nie kocha swego dziecka?
— A gdybyście już do niej nie wrócili?
— Biedna matka, to by złamało jej serce.
— Rozpoczyna się taniec — szybko wtrąciła Gertruda — chodźmy, nie wolno nam tracić ani chwili. Tancerze szaleli. Chłopcy, rozgrzani mocnym winem, harcowali, wydawali dzikie okrzyki, powstał taki zgiełk, że niemal zagłuszaj muzykę.

Arnoldowi to szaleństwo nie sprawiało już przyjemności. Gertruda ucichła, spoważniała.
Lecz inni nie ustawali, szaleństwo jak gdyby się wzmagało. W przerwie między tańcami podszedł do nich sołtys i rzekł z uśmiechem: — Słusznie, panie malarzu, trzeba tańcować do upadłego. Będziemy mieli dość czasu na wypoczynek. Gertrudo, czemu masz tak poważną minę? Wcale nie licuje ona z tańcem. No, bawcie się, muzyka znowu gra, muszę poszukać mojej starej, aby zatańczyć z nią ostatni raz. Ruszajcie w tany, muzykanci już nadęli policzki. — I z radosnym okrzykiem zaczął się przeciskać przez tłum.
Arnold objął Gertrudę, aby rozpocząć taniec, gdy dziewczyna nagle mu się wywinęła, chwyciła go za rękę i szepnęła: — Chodźcie, panie!
Arnold nie zdążył zapytać, dokąd go chce zaprowadzić, ona zaś prześliznęła się już ku drzwiom sali.
— Dokąd idziesz, Gertrudo? — zawołało kilka koleżanek.
— Zaraz wracam — odparła krótko, i w kilka sekund później znaleźli się z Arnoldem na świeżym wieczornym powietrzu przed karczmą.
— Dokąd chcesz iść, Gertrudo?
— Chodźcie, panie! — Znowu ujęła go za ramię i poprowadziła przez wieś; mijając rodzicielski dom; na chwilę weszła tam i wróciła z tobołkiem.
— Gdzie masz zamiar iść? — zapytał Arnold przerażony.
— Chodźcie, panie! — to jedynie odpowiadała, mijając domy, aż pozostawili za sobą mur otaczający Germelshausen. Dotąd szli szeroką bitą drogą, teraz Gertruda skręciła w lewo i wspinała się na płaski pagórek, skąd widać było jasno oświetlone okna i drzwi karczmy. Tu się zatrzymała, uścisnęła Arnoldowi rękę i rzekła serdecznie: — Pozdrówcie ode mnie waszą matkę, panie, i bywajcie zdrowi.
— Gertrudo — zawołał Arnold zaskoczony — teraz, o północy, chcesz się mnie w ten
sposób pozby
ć?! Czy naraziłem ci się czymś?
— Nie, Arnoldzie — rzekła, po raz pierwszy zwracaj
ąc się do niego po imieniu —
wła
śnie… właśnie dlatego, że was polubiłam, musicie stąd odejść.

— Ależ nie możesz sama wracać do wsi w tej ciemności — prosił Arnold. — Nie wiesz, dziewczyno, jak cię kocham, jak w ciągu tych niewielu godzin wrosłaś mi w serce. Nie wiesz…
— Nie mówcie dalej — przerwała mu — nie żegnajmy się. Gdy dzwon wybije dwunastą, a nastąpi to za niespełna dziesięć minut, przyjdźcie znowu pod drzwi karczmy, tam będę na was czekała.
— A tymczasem?
— Pozostańcie tutaj. Przyrzeknijcie mi, że nie ruszycie się ani o krok, nim dzwon nie wybije dwunastej.
— Przyrzekam, Gertrudo, ale potem…
— Potem przyjdziecie. — Podała mu rękę na pożegnanie i chciała odejść.
— Gertrudo! — zawołał błagalnie.

Dziewczyna zatrzymała się z wahaniem, potem nagle objęła go za szyję, i młodzieniec poczuł jej lodowato zimne wargi na swoich ustach. Lecz trwało to tylko chwilę, bo zaraz uwolniła się i pobiegła w kierunku wsi. Arnold, zaskoczony jej dziwnym zachowaniem, lecz pomny swego przyrzeczenia, pozostał w miejscu, gdzie Gertruda go opuściła. Teraz dopiero spostrzegł, jak w ciągu tych niewielu godzin zmieniła się pogoda. Wiatr wył wśród zarośli, niebo zasnuło się pędzącymi chmurami, pojedyncze krople deszczu zapowiadały nadciągającą burzę. Skroś ciemną noc jaśniały światła karczmy, a kiedy wiatr dął z tamtej strony, Arnold mógł dosłyszeć oderwane hałaśliwe dźwięki instrumentów. Nie trwało to jednak długo, upłynęło zaledwie kilka minut, gdy zaczął bić stary dzwon i w tej samej chwili muzyka się urwała, czy też została zagłuszona przez wyjącą wichurę, która rozszalała się nad zboczem.
Arnold musiał przylgnąć do ziemi, aby nie stracić równowagi. Przed sobą wyczuł tobołek, który Gertruda wyniosła z domu — był to jego własny plecak z teką rysunkową. Przerażony, podniósł się z ziemi… Zegar wybił pełną godzinę, wichura ustała, ale nigdzie we wsi nie ujrzałbyś ani światełka. Ucichły psy, które przedtem wyły i ujadały, z doliny unosiła się gęsta, wilgotna mgła.
— Czas minął — szepnął Arnold, zarzucając plecak na ramię — muszę ujrzeć Gertrudę jeszcze raz, w ten sposób nie mogę się z nią rozstać. Tańce się skończyły, tancerze udali się do domu, jeśli sołtys nie zechce mnie przenocować, zostanę w karczmie, zresztą w ciemności nie znalazłbym drogi przez las.
Ostrożnie zeszedł zboczem w dół, chciał trafić na tę szeroką bitą drogę, która prowadziła do wsi. Lecz daremnie błąkał się wśród zarośli. Ziemia tu była miękka i grząska, w swych cienkich trzewikach Arnold zapadał się po kostki, a gęsta olszyna wystrzelała w górę wszędzie tam, gdzie mniemał znaleźć drogę. Na pewno nie przeciął tej drogi, nawet w ciemności poczułby twardy grunt pod nogami, poza tym ciągnął się tam mur otaczający wieś — tego nie mógł przeoczyć. Im dalej jednak brnął, tym głębiej się zapadał w grząskim mule, tym gęstsze były zarośla pełne kolców, które rozdzierały mu odzież i raniły ręce do krwi. Czy zboczył w prawo, czy w lewo od wsi? Obawiał się, że jeszcze bardziej zmyli drogę, więc pozostał na dość suchym miejscu oczekując, aż dzwon wybije godzinę pierwszą. Ale nie usłyszał żadnego bicia, nie dotarł do niego żaden ludzki dźwięk. Z trudem, przemoczony do nitki, drżąc z zimna, Arnold wspiął się na wyżej położone zbocze górskie, gdzie zostawiła go Gertruda. Kilkakrotnie usiłował przedrzeć się przez gąszcz, aby odnaleźć wieś — na próżno. Śmiertelnie wyczerpany, ogarnięty dziwną grozą, ominął wreszcie tę ęboką, niesamowitą dolinę, szukając schronienia pod drzewem, aby tam spędzić noc. Jakże powoli mijały godziny. Drżał z zimna, nie zmrużył oka ani na chwilę podczas tej długiej nocy. Wciąż nasłuchiwał w ciemności, wciąż wydawało mu się, że słyszy chrapliwy dźwięk dzwonu, i wciąż od nowa stwierdzał, że słuch go myli.
Wreszcie na wschodzie zaczęło nieśmiało świtać: chmury popłynęły dalej, niebo znów było czyste, wygwieżdżone, ptaki, budząc się, ćwierkały wśród mroku drzew. Złote pasmo nieba stawało się coraz szersze, coraz jaśniejsze, Arnold mógł już rozpoznać wierzchołki drzew… daremnie jednak wzrok jego szukał starej wieży kościelnej i zwietrzałych dachów wsi. Rozciągała się przed nim jedynie gęstwa olszyny, a wśród niej pojedyncze wykoślawione wierzby. Żadnej drogi prowadzącej na prawo czy na lewo, ani śladu ludzkiego domostwa w pobliżu.
Nastawał dzień, robiło się coraz jaśniej, pierwsze promienie słońca padały na rozległą, rozpościerającą się przed nim zieloną dolinę.
Arnold w żaden sposób nie mógł wytłumaczyć sobie tej zagadki. Nie ulegało wątpliwości, że szukając wsi po nocy zboczył z drogi — teraz zaś postanowił odnaleźć ją za wszelką cenę.
Wreszcie dotarł do głazu, na którym pozowała mu Gertruda, to miejsce rozpoznałby wśród tysięcy — po starym krzaku bzu o grubych gałęziach. Teraz wiedział dokładnie, skąd wczoraj przyszedł i gdzie położona jest wieś Germelshausen. Cofając się w stronę doliny, trzymał się dokładnie kierunku, skąd przyprowadziła go Gertruda. Rozpoznał owo zbocze, nad którym zawisała ponura mgła. Od domostw wsi dzieliły go jedynie zarośla olszyny. Przedarł się przez gąszcz i znowu był na tym samym mokradle, po którym błądził poprzedniej nocy.
Bezradny, nie ufający własnym zmysłom, chciał siłą utorować sobie drogę, lecz bagniste podłoże zmusiło go wreszcie do szukania suchego gruntu, daremnie się ąkał — wieś znikła, jakby zapadła się pod ziemię.
Wiele godzin zmitrężył Arnold na próżnych poszukiwaniach, wreszcie zmęczone ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Nie mógł iść dalej, musiał przede wszystkim odpocząć; na cóż zresztą zdałoby się owo daremne szukanie; dojdzie do najbliższej wsi i tam bez trudu znajdzie przewodnika, który poprowadzi go do Germelshausen.
Śmiertelnie znużony, rzucił się na ziemię w cieniu drzewa. Jego odświętne ubranie — w jakim stanie! Ale o to się teraz wcale nie troszczył. Otworzył tekę i wyciągnął portret Gertrudy; pełen goryczy i bólu spoglądał na ukochane oblicze i stwierdził ku swemu przerażeniu, że uczucie do dziewczyny zapuściło już ęboko korzenie w jego sercu.
Nagle usłyszał szelest liści i ujadanie psa; zerwał się i w pobliżu ujrzał starego leśniczego, który z ciekawością przyglądał się dziwnemu osobnikowi w porządnym, acz mocno zniszczonym ubraniu.
— Niech będzie pochwalony! — zawołał Arnold, rad z całego serca, że widzi żywego człowieka. Wsunął rysunek do teki. — Przychodzicie jak na zawołanie, panie leśniczy, bo chyba zmyliłem drogę.
— Hm — rzekł leśniczy — jeżeli spędziliście całą noc w tych zaroślach, mając niespełna pół godziny drogi do przyzwoitej gospody w Dillstedt, to istotnie tak jest. Do licha, wyglądacie, panie, jak gdybyście zażyli kąpieli w mokradle, a potem wytarzali się w kolcach.
— Znacie dobrze ten las? — zapytał Arnold, chcąc się przede wszystkim dowiedzieć, gdzie właściwie się znajduje.
— No chyba — zaśmiał się stary, krzesając ogień i zapalając fajkę.
— Jak nazywa się najbliższa wieś?
— Dillstedt, to tam. Kiedy wejdziecie na tamten wzgórek, zobaczycie tę wieś tuż pod stopami.
— A jak daleko jest do Germelshausen?
— Dokąd? — leśniczy ze zdumieniem wyjął fajkę z ust.
— Do Germelshausen.
— Niech mnie Pan Bóg ma w swej opiece — rzekł stary, rozgl
ądając się trwożnie —
znam las dobrze, ale Panu Bogu wiadomo, jak gł
ęboko zapadła się ta przeklęta wieś,
zreszt
ą… nic nam do tego.

— Przeklęta wieś? — zawołał Arnold zdumiony.
— Germelshausen… tak — odparł leśniczy — istniała podobno przed setkami lat… tutaj na trzęsawisku, gdzie rosną teraz wierzby i olszyny, potem pochłonęło ją mokradło. Nikt nie wie dlaczego, ale, jak głosi podanie, raz na sto lat, pewnego określonego dnia, wieś wyłania się na światło dzienne; nie życzyłbym żadnej duszy chrześcijańskiej, by przypadkowo na ten dzień trafiła… Ale, do licha, nocleg w zaroślach nie bardzo wam służył, panie, bladzi jesteście jak śmierć. Proszę sobie łyknąć, to dobrze zrobi.
— Dziękuję.
— Ach, co tam, upiliście ledwo co, a należy się potrójna porcja… Teraz idźcie do gospody i połóżcie się do ciepłego łóżka.
— Do Dillstedt?
— A gdzie by indziej? Żadnej bliższej wsi tutaj nie mamy.
— A Germelshausen?
— Nie wymawiajcie, jeśli łaska, tej nazwy właśnie w tym miejscu, gdzie stoimy. Niech zmarli spoczywają w spokoju, zwłaszcza ci, którzy nie mogą zaznać spokoju i wciąż od nowa nagle się wśród nas zjawiają.
— Ale przecież ta wieś wczoraj tu była! — zawołał Arnold; wydało mu się, że postradał zmysły. — Byłem tam, jadłem, piłem i tańczyłem.

Leśniczy zmierzył młodzieńca od stóp do głów, po czym powiedział z uśmiechem: — Ale nazywała się inaczej, prawda? Zapewne przychodząc z Dillstedt, wczoraj odbywała się tam zabawa. Gospodarz tamtejszy warzy mocne piwo, a nie każdy dobrze je znosi.
Arnold miast odpowiedzi otworzył tekę i wyjął rysunek, który naszkicował na cmentarzu.
— Znacie tę wieś?
— Nie, tak niskiej wieży nie mamy tu w całej okolicy.
— To właśnie jest G e r m e l s h a u s e n ! — zawołał Arnold. — A czy młodzież wiejska ubiera się tak jak ta dziewczyna?
— Hm… nie. Cóż to za dziwny pogrzeb dorysowaliście? Arnold nie odpowiedział, wsunął arkusz do teki z uczuciem głębokiego smutku.
— Drogę do Dillstedt znajdziecie na pewno, panie — rzekł leśniczy dobrodusznie, gdy nagle zrodziło się w nim podejrzenie, że z tym obcym młodzieńcem coś nie jest w porządku. — Jeśli jednak sobie życzycie, odprowadzę was kawałek. Nie nałożę drogi.
— Dziękuję, ale tam już drogi nie zmylę… Więc powiadacie, że raz na sto lat wieś może wydobyć się na powierzchnię
— Tak powiadają ludzie, ale kto wie, czy to prawda. Arnold podniósł swój plecak.
— Zostańcie z Bogiem — rzekł, ściskając leśniczemu rękę.
— Idźcie z Bogiem. Dokąd was teraz droga prowadzi?
— Do Dillstedt.
                        — I słusznie. Przez tamto zbocze wyjdziecie na szeroką drogę.
                        Arnold odwrócił się i ruszył przed siebie. Dopiero na wzgórzu, z którego mógł objąć wzrokiem całą dolinę, zatrzymał się.
Żegnaj, Gertrudo — szepnął, a w oczach stanęły mu dwie duże jasne łzy.


Brak komentarzy: