Strony

poniedziałek, 1 października 2012

Friedrich Kurt Gerstäcker - Germelshausen [1]


Friedrich Kurt Gerstäcker

GERMELSHAUSEN

Jesienią roku 184… szerokim traktem prowadzącym z Marisfels w górę do Wichtelhausen wędrował młody, wesoły chłopak z plecakiem przerzuconym przez ramię, z kijem w ręku; szedł powoli, ciesząc się wędrówką.
Nie był czeladnikiem, który w poszukiwaniu pracy przemierza kraj — widać to było na pierwszy rzut oka, nawet gdyby nie zdradzała tego mała, ślicznie wykonana skórzana teka, przytroczona do plecaka. Wszystko świadczyło o tym, że jest artystą. Zuchwale nasadzony na bakier czarny kapelusz z szerokim rondem, długie, jasne, kędzierzawe włosy, miękki, jeszcze bardzo młody zarost, nawet trochę wytarta czarna aksamitna kurtka, w której tego pogodnego ranka było mu chyba za ciepło. Rozpiąłją — biała koszula pod spodem, nie nosił bowiem kamizelki, była przy szyi luźno ściągnięta czerwoną, jedwabną chustką.
Dzieliło go już niespełna piętnaście minut drogi od Marisfels, gdy rozległ się dzwon kościelny. Młodzieniec przystanął, podparł się kijem i nasłuchiwał uważnie dobiegających go cudownych głębokich tonów.
Dzwon już przebrzmiał, a on wciąż jeszcze stał w miejscu i marzycielsko spoglądał na zbocza. Duchem przebywał ze swymi najbliższymi w małej, pogodnej wiosce w górach Taunus, z matką, z siostrami — i jak gdyby łzy zalśniły mu w oczach. Lecz jego wesołe usposobienie nie dopuściło do smutnych, melancholijnych myśli. Zdjął tylko kapelusz i posłał serdeczny uśmiech w stronę, gdzie, jak mniemał, znajdowała się ojczysta wieś, potem mocniej ujął gruby kij i rześko ruszył dalej, zmierzając w obranym kierunku.
Tymczasem słońce lało żar na szeroki, monotonny trakt, pokryty grubą skorupą kurzu, i nasz wędrowiec już od jakiegoś czasu rozglądał się na prawo i lewo w poszukiwaniu wygodniejszej ścieżki. Na prawo droga się co prawda rozgałęziała, ale nie zdawała się być lepsza, zresztą za daleko odbiegała od kierunku, w którym zmierzał. Jeszcze więc czas jakiś trzymał się starej drogi, aż wreszcie dotarł do przejrzystego źródełka górskiego, przy którym można było rozpoznać ruiny starego, kamiennego mostu. Przebiegała tamtędy ścieżka, porosła trawą, a ponieważ nasz artysta nie miał wytkniętego celu, zmierzał bowiem tylko do pięknej doliny Werrathal, aby wzbogacić swą tekę z rysunkami, więc suchą nogą przedostał się przez rzekę, przesadzając wielkie głazy, wkroczył na skoszoną łąkę i ruszył raźno po uginającej się pod jego stopami trawie w cieniu gęstych zarośli olszyny, bardzo zadowolony z obranej drogi.
— Teraz jestem w lepszej sytuacji, bo przynajmniej nie wiem, dokąd dojdę śmiał się głośno. — Nie mam nudnego drogowskazu, który człowiekowi już na kilka godzin z góry wyjaśnia, jak nazywa się najbliższa miejscowość, a w ogóle za każdym razem podaje nieprawdziwą odległość. Chciałbym tylko wiedzieć, jak tutejsi ludzie odmierzają swój czas. Dziwnie tu w tej dolinie… no, w niedzielę chłopi nie pracują w polu, a skoro przez cały tydzień muszą chodzić za pługiem lub biec koło wozu, nie kwapią się w niedzielę do spacerów; najpierw porządnie wysypiają się w kościele, a potem, po obiedzie, wyprostowują nogi pod stołem w gospodzie… hm, na taki skwar kufel piwa byłby nie do pogardzenia, ale zanim go dostanę, czysta woda ze źródełka też ugasi mi pragnienie.
Z tymi słowy zrzucił plecak i kapelusz, zszedł nad wodę i pił ile dusza zapragnie. Orzeźwiony miłym chłodem, spostrzegł starą, dziwacznie wykoślawioną wierzbę; wprawną ręką szybko ją naszkicował i teraz, już całkowicie rześki i wypoczęty, podniósł z ziemi lekki plecak i ruszył dalej, nie troszcząc się o to, dokąd go droga zaprowadzi.
Szedł tak chyba z godzinę, uzupełniając swoją tekę szkicami to głazu skalnego, to osobliwych zarośli olszyny czy też sękatego konara dębu; słońce wznosiło się coraz wyżej, i młodzieniec postanowił przyspieszyć kroku, aby w najbliższej wsi dostać przynajmniej obiad.
Nagle w dolinie tuż przy strumyku i starym głazie, służącym dawniej zapewne za ołtarzyk, ujrzał młodą wieśniaczkę; siedziała, spoglądając na ścieżkę, którą szedł. Osłonięty olchami, ujrzał ją wcześniej niż ona jego; idąc brzegiem strumyka, prawie nie wychylał się z zarośli, które dotąd ukrywały go przed jej wzrokiem. Nagle zerwała się i z okrzykiem radości pobiegła mu na spotkanie.
Arnold, bo tak się młodzieniec nazywał, przystanął zdumiony i wkrótce mógł się przekonać, że była to śliczna, zaledwie siedemnastoletnia dziewczyna, odziana w osobliwy, lecz ogromnie malowniczy wiejski strój; wyciągnęła do niego ramiona i jak na skrzydłach pobiegła mu na spotkanie. Arnold zdawał sobie sprawę, że ona bierze go za kogoś innego i że to radosne powitanie nie dla niego jest przeznaczone. Dziewczyna zrozumiała swoją omyłkę, zatrzymała się zalękniona, zbladła, potem oblała się rumieńcem, wreszcie odezwała się nieśmiało: — Proszę mi wybaczyć, łaskawy obcy panie… ja… myślałam…
Że to twój ukochany, prawda, moje dziecko? — roześmiał się młodzieniec. — A teraz jesteś rozczarowana, że zastąpił ci drogę jakiś obcy, obojętny człek. Nie gniewaj się, że nie jestem twoim chłopcem.
— Ach, łaskawy panie — szepnęła trwożnie — czyż mogłabym się gniewać… ale gdybyście, panie, wiedzieli, jak bardzo się cieszyłam…
— Wobec tego nie zasługuje na to, byś dłużej na niego czekała — rzekł Arnold, który dopiero teraz uświadomił sobie niezwykły doprawdy urok tego skromnego wiejskiego dziewczęcia. — Gdybym był na jego miejscu, nie czekałabyś na mnie ani jednej jedynej chwili nadaremnie.
— Tak pięknie przemawiacie, panie — rzekła zawstydzona. — Gdyby on mógł przyjść, już by tu był. Może jest chory albo… albo nawet nie żyje — dodała powoli, wzdychając głęboko, ze szczerym smutkiem.
— Czy dawno nie dawał znaku życia?
— Dawno, bardzo dawno.
— Może mieszka daleko stąd?
— Daleko?… No tak, dość daleko, w Bischofsrod.
— W Bischofsrod? Byłem przez cztery tygodnie w tej miejscowości i znam tam każde dziecko. Jak on się nazywa?
— Heinrich, Heinrich Vollgut, syn sołtysa.
— Hm — zastanowił się Arnold — u sołtysa bywałem bardzo często, ale jeśli się nie mylę, nazywa się on Bauerling, a nazwiska Vollgut nie słyszałem w tej wsi w ogóle.
— Widocznie nie wszystkich pan tam poznał — odparła dziewczyna; przez smutek malujący się na jej twarzyczce przedarł się jednak delikatny, figlarny uśmiech, z którym było jej tak ładnie, o wiele ładniej niż z poprzednią melancholią.
— Ale z Bischofsrod można tu przejść górą w ciągu najwyżej trzech godzin.
— Mimo to nie przychodzi — westchnęła ciężko — a przecież solennie mi przyrzekł.
— No, to na pewno przyjdzie — pocieszył ją Arnold poczciwie — bo jeśli się tobie coś przyrzekło, trzeba by mieć serce z kamienia, aby słowa nie dotrzymać. A twój Henryk chyba nie taki.
— Nie, ale teraz nie mogę na niego dłużej czekać; muszę iść do domu na obiad, inaczej ojciec będzie się gniewał.
— Skąd jesteś?
                        — Tam z doliny. Nie słyszeliście, panie, dzwonu? Właśnie skończyło się nabożeństwo.
                        Arnold jął nasłuchiwać — całkiem niedaleko rozbrzmiewało bicie dzwonu, nie były to jednak dźwięki czyste, głębokie, lecz ostre, niemiłe; kiedy młodzieniec zerknął w tamtym kierunku, wydało mu się, że dolinę zasnuwa gęsta mgła.
— Wasz dzwon jest chyba pęknięty — zaśmiał się — brzmi niezbyt pięknie, złowieszczo.
— Tak, wiem — odparła dziewczyna obojętnie — nie brzmi ładnie, powinniśmy byli już od dawna go stopić i odlać dzwon na nowo, ale zawsze brak nam pieniędzy i czasu, bo tu w okolicy nie ma ludwisarza. Ale cóż to szkodzi, wszyscy znamy ten dzwon, i kiedy zaczyna bić, wiemy, co oznacza, tak więc i pęknięty dzwon spełnia swoją powinność.
— Jak się twoja wieś nazywa?
— Germelshausen.
— A czy dojdę stamtąd do Wichtelhausen?
— Bez trudu. Ścieżką idzie się zaledwie pół godziny, może nawet krócej, jeśli przyspieszy się kroku.
— Wobec tego idę z tobą, ślicznotko, i jeśli w twojej wsi jest jakaś dobra gospoda, zjem tam obiad.
— Gospoda jest aż za dobra — odparła dziewczyna z westchnieniem, spoglądając za siebie, jakby jednak spodziewała się nadejścia swego Heinricha.
— Czy gospoda może być za dobra?
— Dla wie
śniaków tak — rzekła poważnie, idąc obok niego powoli w stronę doliny —
maj
ą bowiem wieczorem po pracy niejedno w domu do zrobienia, a jeśli przesiadują
w szynku do późna w noc, zaniedbują gospodarstwo.

— Ale ja dziś niczego nie zaniedbam.
— No tak, jeśli idzie o panów z miasta, to inna sprawa, przecież nie pracują, więc i niczego nie zaniedbują, to wieśniacy muszą na nich pracować.
— Co to, to nie — zaśmiał się Arnold. — Wprawdzie kmiecie uprawiają rolę, owszem, ale my sami musimy na siebie pracować, czasem nawet w pocie czoła, bo wieśniak każe sobie za swoją pracę słono płacić.
— Ale wy, panie, chyba nie pracujecie?
— Czemu tak myślisz?
— Na waszych rękach nie widać śladów pracy.
— Wobec tego zaraz ci dowiodę, co i jak potrafię robić. Usiądź na tym płaskim kamieniu pod starym krzewem bzu…
— Po co?
— Usiądź, a zobaczysz. — Młody malarz szybko zrzucił plecak i wyciągnął tekę i ołówek.
— Kiedy muszę już wracać.
— W ciągu pięciu minut będę gotów i chętnie zabiorę ze sobą w świat pamiątkę po tobie. Nawet twój Heinrich nie miałby nic przeciwko temu.
— Pamiątkę po mnie? Żartowniś z was, panie.
— Chcę zabrać ze sobą twój portrecik.
— Jesteście malarzem?
— Tak.
— Dobrze by było, gdybyście mogli w Germelshausen odmalować obrazy w kościele, są bowiem już bardzo zniszczone, wyblakłe.
— Jak się nazywasz? — Arnold otworzył tekę i szybko szkicował śliczne rysy dziewczyny.
— Gertruda.
— Kim jest twój ojciec?
— Sołtysem… Jeśli jesteście malarzem, nie powinniście iść do szynku; zabiorę was od razu do domu, a po obiedzie możecie omówić z ojcem całą sprawę.
— Sprawę obrazów kościelnych?
— Tak — odparła poważnie — i powinniście u nas zostać długo, bardzo długo… aż znowu nadejdzie nasz dzień, i obrazy będą gotowe.
— No, o tym porozmawiamy później, Gertrudo — rzekł młody malarz, zręcznie manewrując ołówkiem — ale czy twój Heinrich nie byłby zły, gdybym prowadził z tobą długie, zbyt długie rozmowy?
— Heinrich już nie przyjdzie.
— Dziś nie, ale może jutro.
— Nie — odparła Gertruda z niezmąconym spokojem — ponieważ nie przyszedł do jedenastej, już się nie zjawi, aż znowu nastanie nasz dzień.
— Wasz dzień? Co masz na myśli?

Dziewczyna spojrzała na niego poważnie swymi wielkimi oczyma, lecz nie odpowiedziała; wzrok jej z dziwnym wyrazem bólu i smutku śledził przeciągające wysoko nad nimi obłoki. W tej chwili była doprawdy anielsko piękna, i Arnold w swym pragnieniu, aby oddać całą jej doskonałą urodę, zapomniał o wszystkim. Nie pozostało mu zresztą dużo czasu. Młoda dziewczyna nagle wstała i zarzucając chusteczkę na głowę, aby uchronić się przed promieniami słońca, powiedziała: — Muszę iść, dzień jest taki krótki, a w domu na mnie czekają.
Arnold ukończył swój szkic i zaznaczając kilkoma śmiałymi kreskami układ fałd stroju, pokazał Gertrudzie arkusz.
— Trafnie cię narysowałem?
— To ja?! — zawołała dziewczyna niemal z przestrachem.
— A któż by inny? — zaśmiał się Arnold.
— I chcecie ten rysunek zachować i zabrać ze sobą?
— Pewnie, że chce. Kiedy odejdę daleko, daleko stąd, będę często i serdecznie o tobie myślał.
— Nie wiem, czy ojciec zezwoli.
Że będę o tobie myślał? Chyba nie może mi tego zakazać
— Nie… ale… że zabierzecie ze sobą rysunek w daleki świat.
— Nie może mi tego zabronić, moja miła — rzekł Arnold. — Ale czy tobie samej byłoby przykro, że twój portrecik znajduje się w moim posiadaniu?
— Mnie? Nie… — odparła po krótkim wahaniu — gdyby tylko… muszę jednak ojca o to zapytać.
— Masz źle w głowie, dziecko — roześmiał się młody malarz. — Nawet księżniczka nie miałaby nic przeciwko temu, by jakiś artysta zachował dla siebie jej podobiznę. Nie stanie ci się z tego powodu żadna krzywda… Ale nie spiesz się tak, szalona dziewczyno. Pójdę z tobą, czy tez chcesz pozostawić mnie bez obiadu? Zapomniałaś o obrazach kościelnych?
— Ach, tak, obrazy. — Zatrzymała się, czekając na niego. Arnold szybko zawiązał tekę i po chwili był przy niej. Przyspieszyli kroku, zdążając do wsi.

Wioska znajdowała się o wiele bliżej, niż Arnold sądził, słysząc dźwięk pękniętego dzwonu: to bowiem, co brał z daleka za gąszcz olszyny, okazało się szpalerem drzew owocowych, za którym, ukryta w zieleni, lecz od północy i od południowego wschodu otoczona rozległymi polami, ciągnęła się stara wieś ze swą niską wieżą kościelną i sczerniałymi od dymu zabudowaniami.
Szli najpierw dobrze ubitą drogą, obsadzoną po obu stronach drzewami owocowymi. Nad wsią jednak unosiła się posępna górska mgła, którą Arnold spostrzegł już z daleka: jasne światło słoneczne załamywało się w niej i jako żółtawa niesamowita poświata padało na szare, zwietrzałe ze starości dachy. Arnold jednak prawie nie zważał na to, gdy bowiem zbliżyli się do pierwszych domów, Gertruda ujęła powoli jego dłoń i trzymającją w swojej, skręciła w najbliższą uliczkę.
Cudowne uczucie ogarnęło młodzieńca pod dotknięciem tej ciepłej ręki, i prawie mimo woli oczy jego szukały oczu dziewczyny. Lecz Gertruda nie patrzyła na niego: ze skromnie spuszczonym ku ziemi wzrokiem prowadziła gościa do rodzicielskiego domu. Wreszcie Arnold zwrócił uwagę na dziwne zachowanie się spotykanych po drodze mieszkańców wsi — wszyscy mijali go w milczeniu, bez pozdrowienia.
To przede wszystkim rzuciło mu się w oczy, gdyż wszędzie w sąsiednich wioskach uważano by za wręcz karygodne, gdyby ktoś nie pozdrowił obcego przybysza przynajmniej skromnym „dzień dobry” lub „pochwalony”. Tutaj natomiast, jak w wielkim mieście, ludzie mijali go w milczeniu i obojętnie, czasem przystawali i oglądali się, ale nikt go nie zagadnął. Nikt też nie pozdrowił dziewczyny.
A jak osobliwie wyglądały stare domostwa o spiczastych, zdobnych w rzeźby szczytach i zwietrzałych, krytych słomą dachach! Choć to była niedziela, nigdzie okna nie były wymyte, a w okrągłych, ujętych w ołów szybkach, szarych i jakby zaparowanych, mieniło się tęczowe lśnienie.
Kiedy oboje mijali domy, tu i tam z uchylonych okien wyglądały miłe twarzyczki dziewcząt lub oblicza szacownych matron. Arnold zwrócił też uwagę na dziwaczne ubiory ludzi, różniące się zasadniczo od odzieży noszonej w sąsiednich wsiach. Panowało przy tym całkowite milczenie. Arnold, przygnębiony, rzekł do swojej towarzyszki: — Czy tak ściśle przestrzegacie niedzieli, że ludzie nawet się ze sobą nie witają? Gdyby nie ujadanie psa czy pianie koguta, można by mniemać, że to martwa wieś.
— Jest teraz południe — odparła Gertruda spokojnie — o tej porze ludzie nieskorzy są do pogawędek. Dziś wieczorem przekonacie się, że są aż nadto hałaśliwi.
— Bogu dzięki! — zawołał Arnold — widzę przynajmniej dzieci bawiące się na ulicy, bo już poczułem się nieswojo; w Bischofsrod całkiem inaczej święci się niedzielę.
— Oto dom mojego ojca — powiedziała Gertruda po cichu.
— Nie mog
ę tak nagle i niespodziewanie zwalić mu się do domu prosto na obiad —
za
śmiał się Arnold. — Byłby może niezadowolony, ja zaś lubię podczas posiłków
widzie
ć dokoła siebie pogodne twarze. Raczej pokaż mi drogę do gospody, lube dziecię,
albo sam j
ą znajdę; Germelshausen nie różni się zapewne od innych wsi: obok kościoła
znajduje si
ę zazwyczaj karczma, i jeśli się idzie w kierunku wieży kościelnej, nigdy człek
nie zbł
ądzi.

— Macie słuszność, panie, i u nas tak jest. Ale w domu już na nas czekają, i nie macie powodu obawiać się, że przyjmą was niechętnie.
— Czekają na nas? Ach, masz na myśli ciebie i twojego Heinricha. No cóż, Gertrudo, gdybyś zechciała przyjąć mnie na jego miejsce, zostałbym z tobą… tak długo, aż byś sama kazała mi odejść.
Ostatnie słowa wyrzekł mimo woli bardzo serdecznie i uścisnął jej dłoń, która wciąż jeszcze trzymała jego rękę. Gertruda nagle się zatrzymała, spojrzała mu prosto w oczy i rzekła: — Chcielibyście naprawdę?
— Z największą radością — zawołał młody malarz, zniewolony cudowną urodą dziewczyny. Gertruda nic na to nie odrzekła, szła dalej, jak gdyby zastanawiając się nad słowami swego towarzysza. Wreszcie zatrzymała się przed okazałym domem, ogrodzonym żelaznymi sztachetami, do którego wiodły szerokie, kamienne schody.
— Tu mieszkam, łaskawy panie — rzekła nieśmiało jak poprzednio — i jeśli to wam dogadza, bardzo proszę, wstąpcie do naszego domu, ojciec będzie rad gościć was u siebie.
Zanim Arnold zdążył coś odpowiedzieć, sołtys ukazał się w drzwiach prowadzących na schody. Jedno z okien otwarło się i ukazała się w nim twarz starej kobiety, która życzliwie skinęła mu głową. Sołtys zaś zawołał: — Gertrudo, tyle czasu zmitrężyłaś, ale proszę, proszę, jakiego przystojnego chłopaka sobie przyprowadziła!
— Panie sołtysie…
Żadnych ceregieli, wejdźcie do domu, kluski już czekają, gotowe ostygnąć i stwardnieć
— Ależ to nie Heinrich! — zawołała stara kobieta w oknie. — Czy nie mówiłam, że on nie wróci?
— Już dobrze, dobrze, matko — rzekł sołtys. — Niech będzie i ten. — Ściskając rękę przybyszowi, ciągnął dalej: — Witajcie serdecznie w Germelshausen, młody panie, gdziekolwiek dziewczyna was znalazła. A teraz proszę na obiad, jedzcie, ile dusza zapragnie, o reszcie pogadamy potem. — Nie pozostawił młodemu malarzowi ani chwili na usprawiedliwienie się i trzymając jego dłoń, którą Gertruda wypuściła ze swojej, gdy tylko weszli na schody, ujął go poufale za ramię i zaprowadził do obszernej izby.

W domu czuć było stęchlizną i wilgotną ziemią. Arnold znał zwyczaje niemieckiego wieśniaka, który najchętniej nie wpuszcza do izby ani strużki świeżego powietrza i nawet latem często gęsto pali w piecu, aby wytworzyć miłą mu ciepłą temperaturę — a jednak zwróciło to jego uwagę.
Wąski korytarz także nie wyglądał zachęcająco: tynk odpadł ze ścian i jak gdyby został tylko powierzchownie zmieciony na bok. Jedyne ślepe okno w głębi przepuszczało zaledwie nikłe światło, a schody prowadzące na górne piętro były stare i spróchniałe. Lecz Arnold niewiele miał czasu na obserwacje, w następnej bowiem chwili jego gościnny gospodarz rozwarł szeroko drzwi, i Arnold znalazł się w izbie dobrze wywietrzonej, posypanej białym piaskiem, ze stojącym pośrodku dużym stołem, nakrytym śnieżnobiałym płótnem. Izba ta w korzystny sposób różniła się od reszty zaniedbanego wnętrza domu.
Poza starą kobietą, która teraz zamknęła okno i przysunęła swoje krzesło do stołu, w kącie siedziało kilkoro rumianych dzieci; krzepka gospodyni, ubrana również inaczej niż kobiety z sąsiednich wsi, otworzyła właśnie drzwi dziewczynie, która weszła z dużą parującą misą klusek. Wszyscy stłoczyli się dokoła stołu, czekając na upragniony posiłek. Nikt jednak nie usiadł; jak Arnoldowi się zdawało, zerkali niemal bojaźliwie ku ojcu. Sołtys podszedł do swego krzesła, oparł się o poręcz i w milczeniu spoglądał posępnie przed siebie. Czyżby się modlił? Miał mocno zaciśnięte usta, prawa ręka zwarta w pięść zwisała mu bezwładnie — w rysach jego twarzy nie ujrzałbyś modlitwy, jeno zacięty, choć nie pozbawiony trwogi upór.
Gertruda podeszła do ojca po cichu i położyła mu dłoń na ramieniu, stara kobieta stała naprzeciw niego w milczeniu i spoglądała bojaźliwym, błagalnym wzrokiem. — Zabierajmy się do jedzenia — rzekł szorstko sołtys — i tak nam to nic nie pomoże. — Odsunął krzesło i skinąwszy na gościa, usiadł, ujął dużą warząchew i zaczął wszystkim nakładać na talerze. Zachowanie się tego człowieka wydało się Arnoldowi niesamowite, nie mógł też czuć się dobrze, widząc przygnębienie całej rodziny. Sołtys jednak nie był człowiekiem, który lubi spożywać obiad w smutnym nastroju. Gdy zastukał w stół, weszła służąca i przyniosła butelki i szklanki. Sołtys nalał wszystkim, i znakomite stare wino wprawiło ich w weselszy nastrój. Cudowny trunek rozgorzał w żyłach Arnolda jak płynny ogień — nigdy w życiu nie kosztował jeszcze czegoś tak wybornego. Gertruda również trochę wypiła, a także stara matka, która po obiedzie zasiadła w kącie do kołowrotka, cicho nucąc piosenkę o wesołym życiu w Germelshausen.
Sam sołtys był jak gdyby odmieniony. Przedtem poważny i milczący, stał się wesoły i pogodny; także i na Arnolda podziałał cudowny trunek. Nie spostrzegł, kiedy sołtys wziął do rąk skrzypce i zaczął wygrywać wesołe melodie do tańca. Arnold z Gertrudą w ramionach jął wirować po izbie, przewrócił kołowrotek, stojące im w drodze krzesła i potrącił dziewczynę, która wynosiła naczynia; dokazywał tak, że obecni pokładali się ze śmiechu.
Nagle wszystko w izbie ucichło, a kiedy Arnold, zdumiony, spojrzał na sołtysa, ten smyczkiem wskazał mu okno i odłożył instrument do drewnianego pudła, skąd przedtem go wyjął. Arnold zobaczył, że ulicą ciągnie orszak pogrzebowy. Sześciu mężczyzn w białych koszulach niosło na ramionach trumnę, za którą postępował stary człowiek, trzymając za rękę małą, jasnowłosą dziewczynkę. Szedł zgarbiony pod brzemieniem nieszczęścia, dziewczynka natomiast, która miała zaledwie cztery latka i nie zdawała sobie sprawy, kto leży w ciemnej trumnie, pozdrawiała grzecznie każdą znajomą twarz i śmiała się do rozpuku, gdy kilka psów, goniąc się, przebiegło koło szkoły, a jeden się przewrócił i wywinął koziołka.
Cisza trwała tylko tak długo, póki trumna nie znikła za rogiem. Gertruda podeszła do młodego malarza.
— Teraz odpocznijcie, panie, dość tej zabawy, to ciężkie wino uderza do głowy. Weźcie kapelusz, i udamy się na małą przechadzkę. Kiedy wrócimy, będzie właśnie czas iść do gospody, dziś wieczór odbędą się tam tańce.
— Tańce, to świetnie — wykrzyknął Arnold zadowolony — przyszedłem w samą porę! A ty, Gertrudo, zatańczysz ze mną pierwszy taniec?
— Zapewne, jeżeli sobie życzycie, panie. Arnold wziął kapelusz i teczkę.
— Po co wam ta książka? — zapytał sołtys.
— On rysuje, ojcze — rzekła Gertruda — mnie też narysował. Obejrzyjcie sobie ten portrecik.
Arnold otworzył tekę i podał rysunek sołtysowi, który przez chwilę przyglądał się portrecikowi w milczeniu.
— I chcecie to zabrać ze sobą do domu, a może nawet oprawić w ramkę i powiesić w pokoju?
— Czemuż by nie?
— Czy pozwolisz mu, ojcze?
— Jeśli z nami nie zostanie — zaśmiał się sołtys — to nic mam nic przeciwko temu, ale tam w głębi czegoś brak.
— Czego?
— Pogrzebu, który przed chwilą widzieliśmy. Dorysujcie go na arkuszu, a wtedy możecie zabrać ze sobą rysunek.
— Pogrzeb na portrecie Gertrudy?
— Na arkuszu jest jeszcze dość miejsca — upierał się sołtys — powinien się tam znaleźć; nie zgodzę się, abyście, panie, zabrali portret mojej córki zupełnie samej. W tak poważnym zaś towarzystwie nikt nie posądzi jej o nic złego.
Arnold pokręcił głową: co za dziwaczny pomysł, aby ładnej młodej dziewczynie dorysować pogrzeb jako eskortę honorową. Stary jednak tak się zacietrzewił, że Arnold musiał się na to zgodzić. Później będzie mógł ten smutny dodatek bez trudu wymazać. Wprawną ręką szkicował na papierze dopiero co widziane postaci. Cała rodzina zgromadziła się dokoła niego i ze zdumieniem przyglądała się jego pracy.
— Dobrze utrafiłem? — zapytał Arnold wreszcie, zrywając się z krzesła i wyciągając arkusz na odległość ramienia.
— Wspaniale — rzekł sołtys z uznaniem — nigdy bym nie przypuszczał, że tak szybko sobie z tym poradzicie. Tak to może być, a teraz wyjdźcie z dziewczyną, panie, i obejrzyjcie sobie naszą wieś, tak prędko jej znowu nie ujrzycie. Na piątą wracajcie, obchodzimy dziś święto, i musicie wziąć w nim udział razem z nami.

Arnolda ogarnęło przygnębienie — może dlatego, że w izbie było tak duszno lub wskutek wina, które uderzyło mu do głowy. Pragnął znaleźć się na świeżym powietrzu, i w kilka minut później szedł już z Gertrudą ulicą ciągnącą się przez wieś.
Teraz nie było tu tak cicho jak przedtem, hałasowały dzieci, gdzieniegdzie staruszkowie siedzieli przed drzwiami domów, przyglądając się przechodzącym, i cała miejscowość ze swymi starymi, dziwnymi budynkami miałaby zapewne przyjemniejszy wygląd, gdyby słońce mogło przedrzeć się przez ten gęsty brunatny dym, który niby chmura ciążył nad dachami.
— Czy tu w pobliżu pali się las albo torfowisko? — zapytał dziewczynę. — Nad żadną z innych wsi dym się nie unosi; przecież to nie z kominów.
— To dym ziemny — odparła Gertruda spokojnie. — Czy nigdy nie słyszeliście

o Germelshausen?
— Nie.
— Dziwne, wieś jest przecież taka stara…
— W każdym razie domy na to wyglądają, zresztą i ludzie zachowują się tak dziwnie, ajęzyk wasz brzmi zupełnie inaczej niż w pobliskich miejscowościach. Chyba rzadko opuszczacie swoją wieś.
— Rzadko.
— I nie ma tu ani jednej jaskółki, chyba stąd nie odleciały?
— Ju
ż od dawna żadna nie buduje gniazda w Germelshausen — odparła dziewczyna. —
Widocznie nie mog
ą znieść dymu ziemnego.

— Chyba nie unosi się on u was stale?
— Owszem.
— Więc dlatego w waszych sadach drzewa pozbawione są owoców; przecież w Mansfeld musieli podpierać gałęzie, taki jest urodzajny rok.

Gertruda nic na to nie odpowiedziała, w milczeniu kroczyła u jego boku, aż osiągnęli kraniec wsi. W drodze niekiedy tylko życzliwie kiwała głową dzieciom lub zamieniała kilka słów z którąś z młodych dziewcząt — może rozmawiały o dzisiejszej zabawie. Dziewczęta spoglądały przy tym na młodego malarza ze współczuciem, i choć Arnold nie wiedział czemu, ogarnął go smutek; nie ważył się jednak zapytać Gertrudy, o czym rozmawiała.
Teraz wreszcie dotarli do ostatnich domów; podczas gdy we wsi panował ruch iożywienie, tutaj było cicho i bezludnie, jakby wszystko powymierało. W sadach, rzekłbyś, od lat nie postała noga ludzka, ścieżki porosły trawą, a szczególnie dziwne wydawało się młodemu przybyszowi to, że na żadnym z drzew nie było owoców. Spotkali ludzi idących w stronę wsi. Arnold natychmiast ich poznał, byli to ci sami, którzy nieśli trumnę. Minęli ich w milczeniu, a oboje młodych prawie mimo woli skierowało swe kroki ku cmentarzowi.
Arnold starał się teraz rozweselić swą towarzyszkę, wydawała mu się zbyt poważna; opowiadał jej o rozmaitych miejscowościach, które zwiedził, o tym, jak to jest na szerokim świecie. Gertruda nigdy jeszcze nie widziała kolei żelaznej, nawet nigdy o niej nie słyszała, teraz, zdumiona, z uwagą przysłuchiwała się jego wyjaśnieniom. Nie miała nawet pojęcia o istnieniu telegrafu, jak również o innych nowszych wynalazkach, a młody malarz nie mógł pojąć, jak to możliwe, żeby ludzie w Niemczech żyli w takim odosobnieniu, tak całkowicie odcięci od reszty świata, nie utrzymując z nim żadnego kontaktu. Tak rozmawiając doszli do cmentarza, i tutaj Arnold zauważył, że nagrobki i kamienie, choć na ogół proste, były bardzo stare.

Brak komentarzy: