Strony

wtorek, 10 maja 2011

Horatius Quintus Flaccus - ODA DO FLORUSA

FLORZE, KTÓREGO ZŁĄCZYŁO...
Florze, którego złączyło z zacnym i sławnym Neronem
Wiernej przyjaźni uczucie! Jeślić przypadkiem ktoś sprzedać
Chcąc niewolnika, co w Tibur, albo też w Gabii się zrodził,
Pocznie tak prawić: .Ot, biały, widzisz, i piękny od czubka
Aż do pięty; za osiem możesz go dostać tysięcy;
W domu zrodzony, do usług zdatny na pańskie skinienie;
Liznął troszeczkę greczyzny; użyć go można do każdej
Rzeczy; jak glina wilgotna wszelkie on kształty przyjmuje
I do kieliszka ci nawet mile zaśpiewa, choć śpiewać
Nikt go nie uczył. Nie wierzą wprawdzie takiemu, co mnóstwem
Świetnych obietnic swój towar, pozbyć go pragnąc, zachwala,
Mnie przeć konieczność nie nagli, szczupłą, lecz własną mam sumkę.
Za te pieniądze ci żaden kupiec nie spuści, a tylko
Tobie tak tanio go daję. Biedak raz jeden mi skrewił
I pod schodami, jak zwykle, siedział ze strachu przed cugiem".
Chłopca gdy kupisz i jeśli, oprócz skłonności do czmychu,
Nic w nim nie razi, to kupiec zabezpieczony, jak sądzę,
Weźmie zapłatę, bo wskazał wadę, jak prawo nas uczy;
Czy go jednakże zaskarżysz, dręcząc niesłusznym procesem?
Ot, gdyś wyjeżdżał, mówiłem, leniuch że jestem, mówiłem,
Żem niedołęga nieomal w takich usługach, byś sporów
Srogich nie wszczynał, gdy żadne listy ode mnie nie przyjdą.
Cóż mi to jednak nadało, jeśli ty gwałcisz i prawo
Za mną mówiące i nawet skarżysz się na to, żem skłamał,
Bom spodziewanych przez ciebie wierszy nie przysłał. Więc słuchaj!
Żołnierz Lukulla, zebrawszy sobie wielkimi mozoły
Nieco na drogę, gdy znużon w nocy gdzieś zasnął, postradał
Wszystko do grosza. Jak wściekłe potem wilczysko, zarówno
Srogi i sobie, i wrogom, paszczą zgłodniałą zażarty,
Wygnał, jak mówią, z któregoś zamku królewską załogę,
Gdzie za silnymi okopy znaczne leżały bogactwa.
Tym się więc czynem wsławiwszy zyskał zaszczytną nagrodę,
Nad to zaś jeszcze sestercjów dostał dwadzieścia tysięcy.
Wkrótce też potem, gdy pretor, jakąś tam inną chcąc zburzyć
Twierdzę, tegoż żołnierza zaczął namawiać i prosić
Słowy takimi, co nawet tchórzom by męstwa dodały:
.Idź, mój dzielny, tam dokąd męstwo cię woła, niech szczęście
Ci towarzyszy, a świetną zyskasz nagrodę! Cóż stoisz?"
Na to, choć prostak, jednakże szpaczek, odpowie: .O, pójdzie,
Pójdzie, gdzie zechcesz, mój wodzu, taki, co trzosa się pozbył..."
Miałem to szczęście, że w Rzymie chować się mogłem i uczyć,
Ile swym gniewem Achilles Grekom zaszkodził, a potem
Nieco wyższego poloru dały mi zacne Ateny,
Tak iż zaiste pragnąłem prostą od krzywej rozpoznać
Drogę i w lasku Platona prawdy dochodzić. Lecz wkrótce
Ciężkie mnie jednak wygnały czasy z miłego ustronia
I do obozu, co nie miał sprostać potężnym Augusta
Barkom, poniosła rekruta powódź domowych rokoszy.
Skoro zaś tylko mi stamtąd dało odprawą Filippi,
Wnet pokornego, z obciętym skrzydłem, chałupy i huby
Pozbawionego ojczystej, bieda zuchwała do wierszy
Wreszcie zmusiła. Lecz teraz, kiedy mam, ile mi trzeba,
Jakaż by czaszkę cykuta mogła mi dosyć wyczyścić,
Gdybym nie sądził, że lepiej chrapać niż pisać wierszydła?
Wydzierają, uchodząc, lata nam jedno po drugim;
Już mi wydarły chęć żartów, uczty, miłostek, rozrywek;
Teraz i wiersze chcą gwałtem wyrwać; cóż począć, mój bracie?
Wreszcie nie wszyscy to samo zwykli podziwiać i lubić;
Tobie piosenki do smaku, tego tam bawią i jamby,
Innych Bijona rozprawy pełne złośliwych dowcipów.
Zda mi się prawie, iż trójka gości przy stole się kłóci;
Każdy, w swym smaku przeciwny, innych domaga się potraw.
Czym was uraczę, a czego nie dam? Odpychasz to, czego
Inny zażądał, dwom drugim kwaśne i przykre, coś pragnął.
Ale to mniejsza! Czy myślisz, wiersze iż pisać mi łatwo
W Rzymie, wśród tylu kłopotów, tylu codziennych utrudzeń?
Ten chce, bym ręczył za niego, inny, bym wszystko zaniechał,
Wierszy zaś jego posłuchał; tamten na wzgórzu Kwiryna,
Ten, gdzie Awentyn się kończy, chorzy obadwaj, więc odwiedź!
Wszakże, jak widzisz, ta przestrzeń arcydogodna! .Lecz wolne
Przecież są wszelkie ulice, przejdziesz pogrążon w swych myślach.
Ot, przedsiębiorca przebiegły pędzi tragarzy i muły;
Ciągną żurawiem do góry kamień lub belkę ogromną;
Z półtoraczniemi się wozy smutne ścierają pogrzeby;
Tutaj pies wściekły ucieka, świnia tam pędzi zbłocona.
Chodź no mi teraz i dźwięczne wiersze układaj w twej głowie!
Cała pisarzy czereda z miasta do lasów ucieka,
Służąc Bakchowi, co rozkosz we śnie i w cieniu znajduje,
Ty zaś żądałeś, bym wpośród dziennych i nocnych hałasów
Śpiewał i puszczał się w ślady wieszczów po wąskiej drożynie!
Umysł, co puste Ateny obrał tam sobie, lat siedem
Na swą naukę poświęcił, co się zestarzał od książek
I od rozmyślań, w milczący zwykle zamienia się posąg
I najczęściej do śmiechu gawiedź pobudza; a ja bym
Tutaj, wśród prądów i burz miejskich, miał sądzić, że warto
Splatać wyrazy, co mają z lutni dobywać nam dźwięki?
Byli raz w Rzymie dwaj bracia, rzecznik i mówca, tak czuli,
Jeden drugiemu iż w mowach sypał pochwały bez końca,
Jeden w braciszku Grakchusa, drugi Mucjusa podziwiał;
W mniejszym czyż stopniu poetów równe nie dręczą obłędy?
Tamten elegie, ja ody piszę: .Cudownie!" . wołamy .
.Wydłutowały snadź wszystkie Muzy twe wiersze!" A patrzaj,
Z jak natężonym pragnieniem, z jaką to pychą ze wszech stron
Oglądamy świątynię, rzymskich gdzie wieszczów tak mało!
Potem zaś (masz-li czas wolny?) idąc, posłuchaj z daleka,
Co tam obadwaj przynosim, czemu wieńcami się darzym.
Biją nas, ale my wroga równą plag liczbą nękamy,
Walczym wytrwale od zmroku, jak te Samnity przy ucztach.
Alceuszem zostałem jego ot głosem, on moim
Czymże? A czymże, jeżeli nie Kallimachem? Gdy jednak
Nie dość mu na tym, Mimnermem będzie, niech wzrasta przydomkiem
Tak upragnionym! Niemało znoszę, by wieszczów drażliwe
Plemię ukoić, gdy pisząc staram się jeszcze o poklask
Ludu pokornie. Lecz skoro spełnię ten zaciąg i znowu
Rozum odzyskam, wnet uszy zatknę dla wszystkich, co czytać
Chcą mi bezkarnie swe dzieła. Z tych wierszokletów się śmieję,
Oni zaś piszą wesoło, sami szanują się szczerze,
Chwalą, szczęśliwi, swe wiersze, chociaż ty milczysz uparcie.
Kto zaś poprawny poemat pragnie utworzyć, ten biorąc
Swoją tabliczkę przybierze ducha prawego cenzora,
Ten się nie wstydzi wyrzucać wszystko, co nazbyt jest gminne,
Wszystkie mniej cenne wyrazy, wiersza zaszczytu niegodne,
Choćby się z miejsca swojego ruszyć nie chciały i choćby,
W świętym jak Westy tajniku, tak się nietknięte trzymały.
Trafnie odnajdzie dla ludu, co z dawna ciemnym dlań było,
I malownicze przedmiotów nazwy na jaśnią dobędzie,
Które, przez starych Katonów albo Cetegów użyte,
Wiek zapomniany i szpetna pleśni zakała pokrywa;
Przyjmie i nowe, gdy stworzy oraz wprowadzi je zwyczaj.
Pełen zapału, przejrzysty, będzie wylewał, jak czysta
Rzeka, swe skarby, obdarzy Lacjum bogatym językiem,
Nazbyt co bujne, poskromi, nadto chropawe dorzeczną
Pracą ogładzi, wyrzuci wszystko, co nie ma wartości.
Choć się namęczy, to jednak pozór rozrywki przybierze,
Czyniąc jak aktor grający już to gburnego Cyklopa,
Już to Satyra. Wolałbym ujść za szaleńca, nieuka,
(Byle mnie zwodzić lub bawić mogła ma słabość), niż w gniewie,
Mimo świetnego rozumu, zęby wyszczerzać. Był w Argos
Człek znakomity, co siedział w próżnym teatrze i klaskał
Pełen radości, w mniemaniu, cudne iż słyszy trajedje;
Zresztą ze zdrowym rozsądkiem wszystkie wypełniał czynności.
Sąsiad wyborny był z niego, miły gospodarz, dla żony
Nader łagodny, a służbie swojej tak bardzo pobłażał,
Iż się nie wściekał, gdy spostrzegł pieczęć u flaszki zerwaną;
Łbem nie uderzał o skały, w studnie otwarte nie wpadał.
Ten gdy nakładem i dbałą krewnych opieką wyleczon
Żółć ciemierzycą wyczyścił, wygnał chorobę i znowu
Przyszedł do siebie, zawołał: .Życie, przez bogi, wydarliście
Zamiast zachować temu, co wszelkiej, o bracia, rozkoszy
Teraz pozbawion najmilszą stracił już swoją ułudę!"
Przyda się przecież niieć rozum, marnych wyrzekłszy się fraszek,
I odpowiednie młodzieńcom oddać zabawki, nie gonić
Za wyrazami, na lutni które łacińskiej wygrywać
Można, lecz życia prawego rytmów i taktów się uczyć.
Przeto tak nieraz do siebie mówię i milcząc rozmyślam:
Gdybyś, choć pijąc bez miary, nie mógł pragnienia ugasić,
Do lekarzy byś poszedł; że zaś, im więcej nabyłeś,
Pragniesz tym więcej, czy tego wyznać nikomu już nie śmiesz?
Gdyby stręczone ci zioła albo korzonki twej ranie
Ulżyć nie chciały, przestałbyś zaraz korzonków i ziółek
Tych bezskutecznych używać. Częstoś już słyszał, że komu
Dali bogowie majątek, temu rozumu przybywa;
A choć się wcale nie stałeś mędrszym od czasu, jak wzrosły
Twoje dostatki, to jednak słuchasz tych marnych doradców.
Gdyby cię przecie bogactwa mogły uczynić roztropnym,
Mniej bojaźliwym, mniej chciwym, wtedy musiałbyś się wstydzić,
Jeślibyś znalazł na świecie jeszcze chciwszego od siebie.
Jeśli to własność, co ktoś tam kupi na wagę za pieniądz,
Toć używanie też daje własność, jak twierdzą prawnicy.
Pole więc, które cię żywi, twoją własnością, a włodarz,
Któren bronuje Orbiusa z pola, co-ć mąki wnet dadzą,
Ciebie za pana uznaje. Płacisz, a za to ci dają
Grona, kurczęta i jaja, wina beczułkę; w ten sposób
Ty kawałkami kupujesz pole, za które mógł Orbius
Bogacz zapłacić tysięcy trzysta lub więcej. Na jedno
Wyjdzie, czy teraz z gotówki żyjesz, czy dawniej tak żyłeś,
Płacąc gotówką. Aryckie albo wejenckie kto role
Kupił od dawna, kupioną jada jarzynkę, choć myśli
Może inaczej, kupionym drzewem kociełek swój w chłodnych
Nocach ogrzewa, choć swoim zowie aż dokąd topole,
Stojąc na pewnej granicy, chronią od wyzwisk sąsiada;
Jakby to było własnością, co w chwilce ulotnej godziny
Prośbą lub kupnem, lub gwałtem, albo na koniec i śmiercią
Zmieni wnet pana i przejdzie w ręce znów kogoś innego.
Tak więc, ponieważ nikt zgoła wiecznie używać nie może,
Dziedzic zaś jeden po drugim idzie, jak fala po fali,
Na cóż spichlerze i wioski? Po cóż do lasów Kalabrii
Jeszcze lukańskie dodawać, jeśli i wielkich, i małych
Zetnie ów Orkus, którego złotem przebłagać nie można?
Kości słoniowej, marmuru, srebra, tyreńskich posążków,
Drogich kamieni, obrazów, szaty purpurą pojonej
Wielu przeć nie ma, są tacy nawet, co o to nie dbają.
Czemuż to jeden z dwóch braci woli próżniactwo, igrzyska,
Wycier oliwą, niż bujne sady daktylów Heroda;
Drugi zaś, bogacz zgryźliwy, w lasach siekierą i ogniem
Pola nowotne od wschodu słońca karczuje do zmierzchu?
Wie to ów duch opiekuńczy, gwiazdą co życia kieruje,
Bóstwo istoty człowieczej, które umiera z człowiekiem
Każdym z osobna, zmiennego lica, raz błogie, raz srogie.
Będę więc, z miernych dostatków biorąc co trzeba, używał,
Nie lękając się wcale, jak mnie osądzi mój dziedzic,
Jeśli prócz tego, co dałem, więcej nie znajdzie; jednakże
Poznać zapragnę, jak wielce różni się wesół i skromny
Od marnotrawcy, jak wielce sknera od ludzi oszczędnych.
Inna rzecz bowiem rozrzutnie trwonić, a nie chcieć wydatków
Zbytnich i wcale o większe zbiory nie trudzić się marnie;
Wszakże najlepiej, jak chłopcy czynią w dniach świętych Minerwy,
Spiesznie i krótkiej, i miłej chwili używać, gdy można.
Z dala niech będzie od mego domu plugawe ubóstwo,
Zresztą mi jedno, czy małym statkiem, czy wielkim popłyną.
Jeśli pomyślny Akwilon wzdętych mi żagli nie pędzi,
Za to mi życia żeglugi wiatry przeciwne nie mącą.
Siłą, dowcipem, wyglądem, stopniem, dzielnością, majątkiem
Z pierwszych ostatni, lecz między ostatnimi jam pierwszy.
Chciwym nie jesteś? To dobrze! Czyliż to jednak z tą wadą
Także i inne uciekły? Jestże twe serce od marnej
Chętki zaszczytów, od gniewu, strachu przed śmiercią też wolne?
Ze snów czy szydzisz i cudów, z strasznych czarodziejstw i wróżek,
Z nocnych upiorów i zjawisk, z guseł tessalskich się śmiejesz?
Czy dnie urodzin z wdzięcznością liczysz, przebaczasz znajomym,
Czy łagodniejszym i lepszym w miarę starości się stajesz?
Cóż ci to nada, gdy z mnóstwa kolców li jeden wyjąłeś?
Żyć nie umiejąc jak trzeba, ustąp bieglejszym w tej sztuce!
Nabawiłeś się dosyć, dość już i jadłeś, i piłeś,
Czas już ci odejść, by ponad miarę spitego przypadkiem
Nie poszturchała cię młodzież, której rozpusta przystoi.
Tłum. Marceli Motty

Flore, bono claroque fidelis amice Neroni...

Brak komentarzy: